Instytut Hodowli Bydła. Brwinów. 13 października 2025 roku. 19:40
Wiatr dźwigał ze sobą kurz i zapach gnijącego mięsa.
Kiedy wysiadłem z samochodu, zrozumiałem, dlaczego strażnicy miejscy od razu wezwali nas, zamiast zaglądać do środka. Stary Instytut Hodowli Bydła w Brwinowie wyglądał jak coś, co dawno umarło — cegły spuchnięte od wilgoci, wybite szyby, szyldy przypominające czasy, gdy tu jeszcze coś hodowano. Teraz mieszkały tu tylko muchy i, prawdopodobnie, bezdomni, sądząc po ilości butelek po piwie rozrzuconych po kątach. Strażnik pokazał mi drogę.
– Tam, w hali numer trzy – powiedział, cofając się pół kroku.
Wszedłem pierwszy. Zawsze wchodzę pierwszy.
Latarka przecięła ciemność. Na betonowej posadzce leżał mężczyzna — chudy, z wydatnymi kośćmi policzkowymi. Miał może czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat. Ślady wytarcia na skórzanej kurtce sugerowały, że był ciągnięty po ziemi. Oznaki rozkładu i ilość robaków, które ucztowały na skórze denata, wskazywały, że biedak nie żył co najmniej pięć dni; może cztery, biorąc pod uwagę, że ostatnie dni tej jesieni były wyjątkowo ciepłe.
Ślady walki były wyraźne: zadrapania na przedramionach, pęknięta warga, złamany nos. Na szyi — siniaki w kształcie palców, głęboko wbite.
Sięgając do kieszeni kurtki denata w poszukiwaniu dokumentów, zauważyłem, że młody strażnik miejski się wzdrygnął. Przyglądał się w milczeniu, trzymając się za brzuch. Jego trupio blada twarz zdradzała, że to nie był dla niego częsty widok.
– Twój pierwszy zgniłek? – zapytałem.
Strażnik skinął, zaciskając zęby.
– Idź się przewietrzyć, zapal sobie. Polepszy ci się. Poczekaj przy Dworskiej i czekaj na prokuratora, żeby wiedział, gdzie stanąć — poradziłem, wyciągając rzeczy osobiste nieboszczyka.
– Dzięki. A ty co? Przyzwyczaiłeś się do tego smrodu?
– Ech… Nie bardzo da się do tego przyzwyczaić. Po jakimś czasie zaczynasz udawać, że ci to nie przeszkadza.
Skinąłem w jego stronę i wyciągnąłem z kieszeni foliowe torebki na dowody. W portfelu znalazłem zakrwawione klucze do Audi, obślizgłe chusteczki, kilka drobnych i czarny portfel. Oprócz śmieci i paragonów były w nim dokumenty oraz kilkaset złotych w gotówce.
Ręką, mokrą od potu pod rękawiczką, sięgnąłem po krótkofalówkę.
– Jednostka trzy–dwa, zgłoś. – Kliknięcie. Szum.
– Dyżurny, słucham.
– Kod 10. Mam denata, dokumenty przy nim. Wrzuć mi go na bęben. Wójcik, Piotr. Rocznik siedemdziesiąt pięć.
Przez chwilę w słuchawce było tylko trzaskanie. Potem głos, zmęczony, urzędowy.
– Potwierdzam. Brwinów, ulica Błońska. Czysty w kartotece, jeden meldunek o zakłócaniu porządku sprzed kilku lat.
– Przyjąłem. Trzy–dwa, koniec.
Spojrzałem jeszcze raz na zwłoki. Patrzyłem w jego puste oczy i miałem wrażenie, że zaraz mrugnie. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak zwykły bezdomny — ale tylko na pierwszy. Skórzana kurtka była stara, lecz zadbana. Zbyt zadbana jak na kogoś, kto spałby w tym miejscu. Rękawy przetarte, mankiety czyste. Buty — porządne, robocze, z grubą podeszwą, jeszcze nie do końca zdarte. Nie pasował tu.
Kiedyś, dawno temu, usłyszałem od koronera, że ręce potrafią zdradzić więcej niż twarz. Spojrzałem na dłonie: grube knykcie, ścięgna jak druty. Paznokcie równo obcięte, nienaturalnie czyste. Ktoś próbował zatrzeć ślady. Niechlujny morderca by o tym nie pomyślał…
Zawiesiłem wzrok na ranie nad okiem. Łuk brwiowy zniszczony. Wzdrygnąłem się, widząc białe, tłuste robaki wijące się w ranie, z której wystawała pęknięta kość czaszki.
Kilka metrów od ciała, w cieniu betonowego filaru, coś błysnęło w świetle latarki. Zrobiłem dwa kroki i przykucnąłem. Metalowa rura — ciężka, stalowa, może pół metra długości, z jednej strony lekko spłaszczona. Na końcu — zaschnięta krew, przy krawędzi kilka włosów.
Wciągnąłem powietrze przez zęby.
- No proszę… – mruknąłem pod nosem. – Miałeś czas, żeby obciąć mu paznokcie, a zostawiłeś narzędzie zbrodni?
Usłyszałem kroki, odbijające się echem po pustej hali, i odwróciłem się. Powolnym krokiem, z grymasem na twarzy, zbliżała się pani prokurator w towarzystwie techników policyjnych. Za nimi szedł strażnik, który wcześniej mnie tutaj przyprowadził.
- Dzień dobry! – rzuciła kobieta z przesadnym entuzjazmem, jakby chciała przegonić zapach śmierci tonem głosu.
Dla kogo dobry, dla tego dobry… – odpowiedziałem, unosząc kącik ust.
-Mamy tu prawdopodobnie morderstwo pierwszego stopnia. Mężczyzna został mocno poturbowany, oberwał w łuk brwiowy tą rurą — powiedziałem, wskazując za betonowy filar — ale najprawdopodobniej przyczyną śmierci było uduszenie.
Prokurator milczała, technicy wymienili spojrzenia.
- Ale najciekawsze jest to, że ktoś obciął i wyczyścił denatowi paznokcie, a zostawił narzędzie zbrodni. Wygląda na to, że ktoś mógł go nakryć. Zabezpieczcie cały teren i sprawdźcie, czy znajdziecie ślady butów potencjalnego świadka.
Wyszedłem z hali, żeby zaczerpnąć powietrza. Powietrze wciąż było lepkie od kurzu, ale nie czułem już smrodu ciała i zgniłego tynku. W kieszeni miałem papierosy, których nie paliłem od miesięcy. Wyciągnąłem jednego, zapaliłem. Zaciągnąłem się głęboko i wypuściłem dym, czując jak drapie w gardle.
- Kim ty byłeś, Piotrze Wójciku? – mruknąłem do siebie. – I kto cię tu przyprowadził jak psa, żeby cię dobić?
cdn.
Powrót